Dziś pierwszy od tygodnia cały dzień w domu. Posprzątane, wreszcie. On the nightstand: “La Boheme” Pucciniego podebrane Gosi, kupiona wczoraj za namową Zuzy “Droga” Cormaca McCarthy, “Nightwathing” Greenawaya pozyczone z pracy, zeszyt odebrany wczoraj od chłopaków, “Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna” przysłane do zrecenzowania, kwietniowy numer “Kina”, grudniowe “Charaktery”, kupione na taniej gazecie pkp, scenariusz nowego filmu Sławomira Fabickiego i czytane dziś opowiadania Odojewskiego.
Ironia losu – tytuły na playliście świeżo odnalezionego odtwarzacza mp3: “Find me now”, “I woke myself up”, “Fake Empire”, “I’m a pilot”, “Thank you for sending me an angel”, “Walking on a dream”. W takiej kolejności.
To był znakomity tydzień. W poniedziałek wieczorny powrót ze świąt, wtorek – quiz night; w środę – Sejm i spotkanie z autorami filmu “Beats of Freedom”, między innymi z posłem Arkadiuszem Rybickim w nim występującym.
Poseł ten był wczoraj w tym samolocie, niebywałe i ściska za gardło.
W czwartek spotkałam się wreszcie z Leną, która służbowo odwiedza Zamek Królewski od dwóch tygodni. I nawet w nim (czasami) nocuje. Razem z Arturem, Grzesiem i Elizą poszłyśmy na spektakl “MARAT/SADE”, który był, co tu kryć – bełkotem. Ja wytrzymałam bite 3h bez przerwy, Lenka zapadła w katatonię i zatykała uszy, reszta wyszła z sali.
Myślałam, bidula, że jak obejrzę całość to cokolwiek zrozumiem.
W tygodniu byłam też na konferencji prasowej w Muzeum Narodowym, dotyczącej renowacji “Bitwy pod Grunwaldem” Matejki oraz obchodów 600-lecia samej bitwy. Odwiedziłam też Filmotekę Narodową w związku z debiutem strony nitrofilm.pl. Zapomniałam też o pokazie prasowym pewnego filmu…
W piątek z Leną obiad w meksykańskiej knajpie a potem OSIR, gdzie Blania z Michałkiem i znajomymi. Tam do 22, potem odprowadziłam Lenkę NA ZAMEK.
Zadzwoniła o 10:00 w sobotni poranek, żeby dowiedzieć się, czy to prawda co się wydarzyło. TVN24 w pokoju Gosi cały czas, nawet teraz nadaje. Ja wczoraj chciałam być z ludźmi. Dobrze się stało, że byłam umówiona z Zuzą tuż przed jej powrotem do Berlina. Zjadłyśmy śniadanie w Ye Goode Foode, gdzie wypiłam 2 szklanice lemoniady z trawy cytrynowej na ciepło do posiłku. Poddenerwowana i jakaś nabuzowana poszłam z Zu do Trafficu, gdzie chyba z 2 godziny oglądałyśmy i polecałyśmy sobie nawzajem różne wydawnictwa. Pomogło, zawsze pomaga. Namówiłam Zu na kupno “Domu złego” na dvd. Potem chwila przy papierosie w Lorelei i pożegnałyśmy się. Poszłam do chłopaków na Powiśle, Misiek ugotował grzybowe risotto, obejrzeliśmy cały 3ci sezon jednego serialu.
Czekając na ostatni autobus stałam i stałam na przystanku, aż do mnie dotarło, że autobusy mogą nie kursować. Więc wróciłam taksówką, w której kierowca słuchał wyjątkowo dobrej muzyki, a może po prostu wczoraj taką nadawano już wieczorem.
Sprzątając dziś znalazłam stare składanki, jeszcze od Chińskiej Grypy, do tego spryskałam się dawno zapomnianymi perfumami. Podróż w czasie zapewniona. Teraz siedzę przy biurku i drobiazgowo opisuję to wszystko, bo sprawia mi to jakąśtam przyjemność i przynosi spokój.
Kwiecień 11, 2010 o 9:00 pm |
my też staraliśmy się dziś robić wszystko, co sprawia nam przyjemność i przynosi spokój… była tempura cukiniowo/cebulowo/krewetkowa i “WHERE THE WILD THINGS ARE” na DVD (czyli nie będzie w kinach? bummer), potem porównanie reżyserskiej ścieżki Linklatera i Smitha (wygrywa ten pierwszy), zadzwonię jutro
Kwiecień 17, 2010 o 11:33 pm |
a ja utknęłam wtedy przed tv pomimo ciągłego mielenia przez wszystkie stacje tych samych informacji…